NIKE 2013 – Relacja dziewczyny z połamanymi okularami.(I)


(Relacja dość luźna, pozwolę sobie dodać)

06.10.2013

logo

Gala NIKE 2013 za dwie godzinki. Dzięki uprzejmości pana Grzegorza Raczka (DużeKa.pl) będę mogła na żywo obserwować, to doniosłe dla świata literatury wydarzenie. Póki co muszę najpierw się na nie dotaskać. Zaczyna się ściemniać, a ja jako osoba o nawigacji mająca pojęcie zerowe, nawet (w sumie szczególnie) przy pomocy Internetu schodzące poniżej każdej statystyki, nie wiem jak z problemem transportu sobie poradzić. Powoli wchodzę w fazę zdenerwowania. W głowie kołacze mi się myśl: Jak, kurka tam dojadę? W końcu cud! Znalazłam, wyjście proste, jak budowa cepa! Uderzam się ręką o czoło, przecież 105, tak? Ona w tych rejonach się kręci. Mały myk, raz ciach – ciach, patrzę na trasę, jak wół pisze 105: Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego. Hurra! Misiek uratowany!

Biorę książkę pod pachę, w torebkę przecudnej urody pakuję zeszyt, długopis i moje połamane okulary – bez nich może być trudno. Mam cichą nadzieję, że będę mogła usiąść gdzieś w tylnich, nie rzucających się w oczy rzędach, założyć sfatygowane przez los binokle i wczuć się w rolę czujnego obserwatora. W innym przypadku mój kreci (w sumie kretom, mogę zazdrościć) wzrok na nic się zda. Na nowy sprzęt, trzeba niestety czekać – dzisiaj pełna konspiracja krótkowzrocznej dziewczyny.

Jak na wzorową uczennicę podstawówki przystało, osobę mą zdobi prosta biała bluzka i czarna spódnica (ten kto je wymyślił za pewne wiedział, że w przeszłości będzie mi sprawiać dużo problemów i teraz się ze mnie cicho naśmiewa. Ta persona na pewno była w konflikcie z jakimś polskim chłopem, który jak nic jest moim praprzodkiem), pierwszy raz od dwóch lat (doceńcie ten gest proszę, gdyż jest to wydarzenie nie lada) mam rozpuszczone włosy, a mój delikatny makijaż rzeczywiście maskuje wszelkie pryszcze, które miały zaniknąć wraz z okresem dojrzewania. Te niestety są zbyt zżyte z moją fizys, wiec pewnie zostanę z nimi pochowana. Patrzę w lusterko zaraz przed wyjściem i oczom nie wierzę – normalnie, wyglądam jak dziewczyna! Widać, każdej z nas musi się to kiedyś  przydarzyć.

Autobus, jak na damę przystało, spóźnia się przepisowe pięć minut, co najlepsze jest praktycznie pusty. Co najgorsze, jego trasa jest od roku (tak słyszałam) „czasowo zmieniona”. Pięknie – ja nim ostatnio prułam przez warszawskie ulice dwa lata temu. Teraz na nowo uczę się gdzie są te podstawowe, bądź szukam punktów zaczepienia w charakterystycznych budynkach, ale od czego są nowoczesne spisy przystanków? (Wiecie o co mi chodzi, zamiast zwykłej tablicy informującej, jaką trasę przemierza zacny środek lokomocji, jest zainstalowany przybytek elektroniczny, który pokazuje, na którym to przystanku się aktualnie znajdujemy) Ten niestety odmówił posłuszeństwa.

W taki oto sposób przez pierwsze pięć przystanków zagłębiałam się spokojnie w losy Żydów po Holokauście. Potem weszła pewna starsza pani i na tyle zburzyła moją własną, ćwiczoną regularnie samokontrolę, że niestety, tak jak i ona zaczęłam się denerwować. Wszystko przez to, że rzeczona staruszka (mam nadzieję, że jeśli korzysta z Internetu i jakimś cudem nadzieje się na ten wpis, to się nie obrazi szukając zemsty na niecnym podlotku) również wybierała się na rozdanie nagród. Z tego co zrozumiałam podczas rozmowy z nią (mój cichutki głos szarej mychy, który niestety czasami zatwardziale atakuje moje gardło i jej donośny, władczy, lekko skrzekliwy ośmielę się dodać) nie pierwszy raz zaszczyci swą osobą to doniosłe wydarzenie.

Czuję, jak mierzy wzrokiem mój wygląd uczennicy. Nie wiem, jak to się stało, ale jeszcze pod koniec podstawówki brano mnie za osobę dużo starszą niż w rzeczywistości (zamiast dawać mi trzynaście lat, dawano dwadzieścia sześć – gdzie ludzie mają oczy?!). Teraz natomiast zamiast dwudziestu jeden dostaję noty na szesnaście, piętnaście… czasami pojawiają się przez to małe problemy podczas zakupów, dlatego nigdy nie wypuszczam dowodu z portfela.

Żeby nie pozostać dłużną (może głos mam, jak kastrat, ale spojrzeniem zabijam na kilometr) również ją taksuję, bez nadmiernej natarczywości. Dobrze, że blisko stała, inaczej byłoby krucho (przecież nie założę zdezelowanych okularów w autobusie). Pani była zaopatrzona w wielkie, różnobarwne pierścienie, na malutkich paluszkach. Niższa ode mnie o głowę (wyczyn dość duży, gdyż trudno jest przebić moje 155 cm) – zapewne wiek troszkę ją przycisnął do podłoża. Z bliska jej wzrost troszkę dziwił, gdyż poprzez swoją pewność siebie wydawała się dużo wyższa (przynajmniej z metr większa ode mnie). Tapeta wyrazista, włosy dwukolorowe (coś jakby rudy, pomieszany z blond), do szyi, z lekka skręcone przy końcach, troszkę napuszone. Ciemna spódnica, do samej ziemi. Może ktoś kojarzy?

Wysiadamy. Starsza pani z gracją wyjmuje cieniasa – ostatnio zauważyłam, że w Warszawie ludzie palą tylko i wyłącznie te cieniutkie badylki. Najczęściej mentole, tudzież delikatna odmiana niebieska – czerwonych, jak podejrzewam nie ma. W moich stronach rzadko spotykane, Tam znowu królują czerwone, oby jak najtańsze. Zresztą nieważne, cienki czy zwykły, smród pozostaje ten sam.

Tak więc pani odpala, idąc krokiem niespiesznym. Ja z kolei, rozglądam się dookoła szukając wzrokiem tej sławnej biblioteki. Z racji tego, że przysłowie ślepa, jak kura idealnie do mnie pasuje, dopiero po jakimś czasie oraz wskazaniu dłonią przez moją towarzyszkę autobusowych wojaży, dostrzegam ten kolorowy gmach, który stał przede mną, jak wół.

Nie spodziewałam się tego, ale niestety dopadł mnie delikatny stres. Pan przy drzwiach pyta uprzejmie o moje nazwisko, z lekka zaskoczony, że tak młoda i w dodatku mało pewna siebie osoba chce się wbić na imprezę, gdzie prym wiedzie zaszczytne towarzystwo, w dodatku samo siwowłose (ewentualnie trafiły się jakieś koloryzacje). Gdy ów pan szuka mnie na czarnej liście, ja sprawdzam czy mi czasem spod bucików marki targowica nie wystaje trochę słomy – nie ma lipy, dobrze ją upchałam w rajstopkach, pod piętami, dzięki czemu jestem jakieś dziesięć centymetrów wyższa.

Wchodzę. Dobrze, że przybyłam godzinę wcześniej, bo z samym znalezieniem szatni zeszło mi z piętnaście minut (była zaraz przy wejściu). Dostałam nawet modny ostatnio identyfikator, co bym się z jakąś mega gwiazdą kultury wszelakiej nie pomyliła. Potem ładne schodki, na których szczęśliwie nie zaliczyłam popularnej w świecie gleby. Siadam sobie radośnie na samym końcu. Już sięgam po okularki, które skrzętnie chciałam ukryć za moją bujną czupryną (po to właśnie rozpuściłam włosy), a tu nagle trach! Jakiś pan mówi mi, że dla prasy to miejsca są z przodu. Informacja zmroziła mnie i odebrała pewną równowagę w stopniu ostatecznym.

PLUM2G

Przecudnej urody identyfikator, bardzo zaprzyjaźnił się z klapą mojej równie przecudnej torebki.

Dobra. Przesiadam się. Z okularów nici. Na szczęście oświetlenie jest na tyle intensywne, że widzę całkiem wyraźnie.

Błysk fleszy sprawia, iż mam mroczki przed oczami. Fotografowie strzelają fotki szybciej, niż ja zjadam czekoladę – wyczyn na skalę kosmiczną. Z tego względu patrzę czy słoma jest na swoim miejscu, gdyż niestety pojawia się kolejny stres. Zostałam poproszona o zrobienie zdjęć moim super gibkim telefonem, który obecnie jakością niemal dorównuje połamanym okularom. Dość, że poobdzierany, to jeszcze fotki robi tak ostre, jak mój niecny wzrok patrzy na świat bez wspomagaczy. W dodatku jedna z organizatorek informuje, że telefony mają być wyłączone na czas transmisji.

No to klapa, dół, pech murowany, do jasnej, ciasnej!

Szczęśliwie, życie nie raz nauczyło mnie, jak postępować w sytuacjach kryzysowych. Survival to moje drugie (w sumie czwarte, jeżeli mam być skrupulatna) imię. Dlatego też wyciszam dźwięki do granic możliwości, włączam tryb samolotowy i do dzieła! Podczas ważniejszych momentów pstrykam na ciemniaka, kierując komórkę na prawo i lewo, tym sposobem uzyskując z pięć sensownych zdjęć. Czuję się bohaterem, Supermenem i agentem 007 w jednej niepozornej kobiecej sylwetce.

Żeby osobom siedzącym obok mnie, nie nudziło się za bardzo przed samym rozpoczęciem gali, wyciągam zeszyt tescowy dziewięćdziesięcio groszowy oraz podobnej jakości długopis i notuję – zawsze to lepiej i klarowniej niż z pamięci. Oni obserwują. Jedna pani nawet uśmiecha się z politowaniem. Ja to wszystko serdecznie ignoruję wczuwając się powoli w ogólną atmosferę oczekiwania, o dziwo połączoną ze znudzeniem – przyznacie, że kombinacja dosyć ciekawa.

Bystro niczym woda w strumyku dostrzegam, że jestem tutaj chyba jedyną nierozpoznawalną osobą, gdyż wzrok szukających sensacji przesuwa się po mojej sylwetce niczym cień.

Gwar powoli cichnie, gasną lampy błyskowe, których to podczas transmisji nie wolno używać. Zaczyna się. Z tyłu słyszę (nie podsłuchuję) komentarze pewnego starszego (na młodych nie ma co liczyć) pana, które sprawiają, że trudno mi co chwilę nie parskać śmiechem. Tym bardziej, że jego partnerka, w przepięknym stylu ripostuje każde zdanie, jakie pada z jego ust.

Ale o tym co powiedział starszy pan, kiedy zauważyłam, że nie tylko staruszkowie rządzą na sali, jak niektórzy z lekka się skompromitowali i co w tym wszystkim najbardziej postać moją z nizin pochodzącą zauroczyło, już jutro. W końcu o wygranej już słyszeliście, wiec po co pośpiech? 🙂

P S: Mam nadzieję, że moja paplanina okazała się strawna dla waszych umysłów, gdyż jeszcze nie raz jej tutaj zaznacie 🙂

Reklamy

18 thoughts on “NIKE 2013 – Relacja dziewczyny z połamanymi okularami.(I)

  1. Droga Moniko!
    Skusiłam się zajrzeć na Twoją stronę. Dodany przez Ciebie post i to w jaki sposób piszesz według mnie berdzo fajnie przemawia do czytelnika. Twój opis wybudował w mojej wyobraźni relany obraz tego co Cię otaczło, tego jak wyglądałaś. Podobają mi się również te fragmenty, które czyta się z ,,lekkim przymróżeniem oka”. Przesuwając rolką w mojej myszce od komputera miałam jednak nadzieję, że wstawisz na końcu jakieś swoje zdjęcie. Fajnie by było skonfrontować moje wyobrażenie z tym jak wyglądałaś w rzeczywistości;)

    • Dziękuję za tak pozytywny komentarz – nie ukrywam, że troszkę delikatnie obrosłam po jego przeczytaniu, w delikatne pierze;)
      Szczerze mówiąc nawet nie pomyślałam o zamieszczaniu swojego zdjęcia, tak więc nawet takiego nie wykonałam 😦 Jednakże moją osobę dość wyraźnie widać na fotografii profilowej, zamieszczonej na stronie „O blogu & Tu Piszącej” – z tym że tutaj również bez okularów 😀 Okulary – moje przekleństwo 🙂

    • Aż się zarumieniłam 🙂 Przyznam szczerze, ze co raz częściej o tym myślę i powoli coś tam tworzę… kto wie, może kiedyś będę godna nazwania siebie felietonistką, niczym taki Rybiński? 🙂

      • Wiesz dlaczego o to zapytałam? 🙂
        Tematem mojej pracy magisterskiej były właśnie felietony. Czytałam ich dosłownie setki. To był ogrom materiału, który musiałam opanować. Czytając Twój tekst, miałam wrażenie, że właśnie czytam jeden z nich 🙂 Myślę, że masz spore możliwości i powinnaś pisać jak najwięcej! Twoje lekkie pióro, ciekawy styl i przede wszystkim dystans do siebie to wszystko świetnie pasuje właśnie do tego gatunku 🙂

      • O jejku Jenah! Chyba nigdy tak mnie nie skomplementował ! 🙂 Uwierz mi siedzę teraz przed komputerem, a mój Luby boi się, że dostałam gorączki, tak się zaczerwieniłam 🙂 Jednocześnie na barki wchodzi mi odpowiedzialność, aby Twoje słowa nie poszły na marne, tak więc przestępuję konsekwentnie do dzieła 🙂 Póki co to małe eksperymenty, w których za pewne najsłabsze ogniwo stanowi moja nieprzeciętna umiejętność kalania naszej kochanej gramatyki 🙂
        Piękny prezent zgotowałaś mi na koniec dnia 🙂

  2. Miałam własnie nadzieję, że Cię zdopinguję do pisania 🙂
    Zapomnij proszę o odpowiedzialności, o której wspomniałaś, bo to może trochę podciąć skrzydła, a to nie było absolutnie moim zamiarem. No chyba, że to Cię motywuje – to wtedy inna sprawa 🙂 Rób swoje dalej, tylko… częściej 🙂 O to mi chodziło. Jak wiadomo trening czyni mistrza, a z czasem może i gramatyka da się oswoić 😉 Szlifuj dalej swoje umiejętności, bo nie każdy może się takimi pochwalić 🙂

    • Wciąż się rumienię 🙂 Ciekawe czy mi w końcu przejdzie 🙂 Dzięki wielkie, motywację mam teraz potężną 🙂 Najlepiej jest, gdy coś ciekawego dookoła się dzieje, ostatnio miałam niesamowitą przygodę podczas kupowania bułki tartej – z pogranicza legend PRLu i świata artystów – muzyków 🙂 Mam nadzieję, że wyjdzie równie dobrze, jak relacja 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s