(6) „Piękni i przeklęci” F. S. Fitzgerald


Rysunek3.cdr

O tym do czego prowadzi miłość fatalna w relacjach kobieta – mężczyzna bardzo dosadnie mówi nam Maria Nurowska w „Drzwiach do piekła”, o żądzy władzy J. K Rowling w „Trafnym wyborze”. Dlatego dzisiaj uderzymy z innej beczki i pomówimy o namiętności wielkiej, jak ocean spokojny, takiej która trawi miliony, a jak miliony to wiadomo, że chodzi o rządzę pieniądza.

Ponoć, kiedy książka kiedyś kiedyś została wpisana na listę klasyków wszechczasów jest dobra, a nawet bardzo dobra. Ponoć, ale nie tym razem. Na ogół, gdy sięgam po pozycję setki lat temu okrzykniętą bestsellerem (wiadomo, jak jest z tym dzisiaj) z miejsca uznaję, że na nudę nie będzie co narzekać. Może trafić się słownictwo nie zrozumiałe dla przeciętnego zjadacza chleba, może powiać filozofią, którą tylko twórca pojmuje, może być  problem z rozgryzieniem jego intencji (alfą i omegą przecież nie jestem), ale zawsze jest ciekawie, wciągająco i odkrywczo. Do teraz.

Na twórczość Francisa Scotta Fitzgeralda, już od dłuższego czasu ostrzyłam sobie myślowe pazurki. „Wielki Gatsby” w kinach oraz swojego czasu w szkole, „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”, oglądany przeze mnie z wielkim zainteresowaniem oraz barwne (choć może nie chwalebne) życie autora sprawiły, że bez szemrania i pisków szarej myszki wypożyczyłam powieść, która ponoć „odkrywa nie odkryte, jest przepowiednią przyszłości autora, wstrząsa i obnaża światek amerykańskiej elity” . Tak oto, „Piękni i przeklęci” zrównali z ziemią moje dotychczasowe niewzruszone przekonanie, o wielkości klasyków. Na pewno szybko sobie to dobiję, ale póki co cierpię.

Dlaczegoż to, tak poniewieram szlachetne dzieło autora, prześmiewczą metaforę, próbę ukazania ówczesnym bogatym amerykanom ich małostkowości, tępoty i braku zrozumienia dla zwykłego świata?

Bo choć pisarz ideę miał godną pochwały, to dzieło stworzył na miarę encyklopedii czytanej przed snem, bądź wywodów na wykładach z filozofii – słowem jednym i bezwzględnym w swej prostocie: nudną.

Anthony Patch jest wnukiem jednego z największych milionerów Ameryki Północnej (więc pewnie i całego Świata). Z racji tego faktu, z miejsca uważa, że wszyscy malutcy nie godni czyszczenia jego wymuskanego obuwia powinni mu się kłaniać w pas i modły wznosić do jego nieprzeciętnej inteligencji i lenistwa na miarę… w sumie to nawet porównania nie mam – może naszego rodzimego Ferdynanda Kiepskiego?

W tym jeszcze nie byłoby nic złego. Wybawi się, może zmądrzeje, czymś nas zadziwi, albo zrobi głupotę, która zapewni mu wpis do Księgi Rekordów Guinessa i będzie pokutował całe życie. Albo wydarzy się dajmy na to… coś ciekawego?

I przez chwilę niby się dzieje, gdy w życiu  Anthony’ ego pojawia się zjawiskowa łamaczka męskich serc, szukająca podniety równie intensywnie, jak nasz „boski”  chłopiec, Gloria Gilbert – oczywiście bogata lady, tego chyba nie trzeba wyłuszczać.

Chwilę bawią się w kotka i myszkę, śmieją się z tych którzy pracują, balują ile się da, biorą ślub i koniec akcji. Potem dwieście stron oczekiwania na śmierć dziadka, picia alkoholu, sprzedawania co się da (bo przecież iść do roboty to pomysł sam w sobie poniżający), dezaprobaty w oczach byłych przyjaciół i kłótni.

 Co z tego, że autor raczy nas barwnymi opisami, kpiną szczerzącą się praktycznie z każdej strony (w końcu książka jest zawoalowaną krytyką) i wyniosłym stylem podkreślającym małostkowość i zadufanie w sobie głównych bohaterów? Co z tego, że nagromadził metafor, jak stąd do nieba (albo piekła, zależy do czego komu dalej)? Co z tego, że stosuje innowacyjną formę określania zapachu (mianowicie koloruje go np.: bielizna pachnąca żółto), co budzi pewne zaciekawienie? Wreszcie co z tego, skoro bohaterów nie da się polubić. Nie przez to, że są mendami życiowymi, tylko dla tego, że są tak przeklęcie, obłudnie, do granic wytrzymałości mojego organizmu nudni.  Nawet, jak im życie dokopało, nie bardzo mnie to wzruszyło, bo usypiałam.

Autor powinien troszkę przystopować z opisami zajmującymi pięć stron, na rzecz akcji, ruchu, jakiejkolwiek dynamiki. Nawet wojna w amerykańskim wydaniu potrafi być flakowata – a przecież to jeden z tematów, którym interesuję się nadmiernie, choć wciąż w pełni jako laik. Żeby być sprawiedliwą – pisarz zapewnił nam trochę ekscytacji, wzbudzając nawet zainteresowanie na ostatnich pięćdziesięciu stronach. Ale co z poprzednimi? Ominąć i przejść do meritum?

Jedyną korzyścią, jaką wyciągnęłam z tej lektury jest spełnienie mojego postanowienia noworocznego 2013 – raz zaczętą lekturę doczytać do końca, pomimo piętrzących się trudności. Da się? Da się, a co: Polak potrafi!

Trudno polecać mi tę książkę komukolwiek, kto szanuje swój czas – czyli jak mniemam wszystkim tu przybywającym. Sądzę, że to pozycja, która może przypaść do gustu miłośnikom twórczości autora (z tego co czytałam zbyt rozbuchana nie jest), socjologom, którzy muszą badać klimaty w społeczeństwie amerykańskim przed, w trakcie i po Drugiej Wojnie Światowej (zawsze znajdą tu jakieś wskazówki, choć to raczej dość naciągana idea).

Niestety: pomysł dobry, talent duży, ale treść zbyt usypiająca. Trudno.

 

Tytuł oryginału: The Beautiful and DamnedData wydania: 2011 (wydanie pierwsze 1922)Wydawnictwo: Wydawnictwo LiterackieISBN: 978-83-08-04636-4Liczba stron: 429

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:

STARA KSIĘGA3

Reklamy

14 thoughts on “(6) „Piękni i przeklęci” F. S. Fitzgerald

  1. Piszesz, że opisy przeważają nad akcją. Jak dla mnie to już duża wada, gdyż nie lubię rozwlekłej charakterystyki miejsc, osób i wydarzeń. Zresztą widzę, że ogólnie ta książka wypadła słabo w twoich oczach, dlatego i ja jej podziekuję.

    • Cieszy mnie bardzo, że liczysz się z moim zdaniem. Dzięki temu cała moja pisanina nabiera większego sensu 🙂
      Co do książki – jest na prawdę miernych lotów, w sumie nawet nie miałaby jak do ciepłych krajów polecieć, tak wątle ma skrzydełka. Jej czytanie składa się na uczucie wielkiej męki oraz żalu, że klasyk może tak zawieść… dlatego ja temu autorowi dziękuję kategorycznie, nawet za jego „wielkie” ekranizowane dzieło nie mam zamiaru się brać, gdyż moja cierpliwość może zostać wystawiona na naprawdę ciężką próbę 🙂

      • W takim razie nie zniechęcam – czytaj 🙂 Z chęcią skonfrontuję nasze opinie 🙂 szczerze mówiąc, jestem jedyna znana mi osobą, która tak niepochlebnie wyraża się o tej pozycji 🙂 Jak na mój gust, jest bardzo mecząca – a jestem wielka można powiedzieć fanką D. H Lawrence’a, który do prostych w odbiorze nie należny 🙂 Klasyk klasykowi, nierówny 🙂

      • Tutaj rzeczywiście z pojęciem klasyki trzeba uważać – za szybko jakaś książka jest nim obwołana, żeby można było ufać takiemu wywyższeniu ponad inne pozycje 🙂

    • Gdybym uzbroiła się w setkę, (albo kilka setek) pewnie lepiej by się czytało, bo większość nudy by mi z głowy wywiała 🙂
      Zawzięcie zostało nagrodzone dumą, z dotrzymania chociaż jednego postanowienia – myślałam, że okaże się to nierealne… ale chcieć, to móc! 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s