Dialog (2) Szarlatan książki pisze… – rozmowa ze Stanisławem Karolewskim


dobrydialogMam nadzieję, że macie  w pamięci rozmowę z panią Beatą Gołębiewską. Jak dowiedzieliście się z wywiadu jest to kobieta o wielu twarzach, pasjach i niegasnącym zapale, kobieta, która potrafi zafascynować czytelnika. Dziś poznamy równie niezwykłego jegomościa, mężczyznę  który stworzył wycinek niezwykłego świata na jednej z ulic Wrocławia, w postaci niecodziennego antykwariatu. Muzyka, książki, śpiew, wieczorki autorskie, Cmentarzysko Książek… tym może zauroczyć przejezdnych oraz mieszkańców krasnoludkowego raju. Dla was zaś powołał do życia trzy i poł tomiszcza własnej literatury… Kto to taki?

autoportret-fot-Stanislaw-Karolewski

Stanisław Karolewski, autor „W piaskownicy światów. Epos wrocławski”, „Bilet na Arkę” oraz „Głodny Anioł – jak wyleczyłem się z raka”. Antykwariusz, fotograf, historyk sztuki, pisarz. Człowiek, który burzy schematy, tworzy światy potrafiące uwieść i zniewolić czytelnika, a wszystko dzięki miłości do słowa…

1. Pierwszą książką, którą Pan napisał jest „Głodny Anioł. Jak wyleczyłem się z raka”, będąca zapisem Pana zmagań z chorobą. Czy pozycja ta stała się zastrzykiem, motywatorem do stworzenia kolejnych tytułów?

Głodny anioł to nie jest moja pierwsza książka. Rok przed nim, zanim pomyślałem o  tym, że mógłby powstać ukazała się: W piaskownicy światów. A jeszcze jakieś tam wcześniejsze pisanie „do szuflady”.

Wracając zaś do meritum pytania, to zdecydowanie: nie. Głodny anioł czy też w nowej wersji: Pokonałem raka, to książka, która mi się tylko przydarzyła. Ma charakter czysto utylitarny i jako taka stoi na poboczu mojej pracy twórczej. Zaszły takie okoliczności życiowe, które zmusiły mnie do jej napisania. Początkowo miała być tylko krótkim artykułem, ale mi nie wyszło.

 To książka, którą cenię, bo wielu osobom uratowała czy też pomogła uratować życie,  ale z literaturą ma niewiele wspólnego.

2. W większości przypadków dzieje się tak, że osoby chorujące na choroby przewlekłe, bądź nieuleczalne, są zawiedzione efektami, jakie niesie ze sobą kuracja prowadzona przez dyplomowanych lekarzy. Wtedy przychodzi czas na chwytanie się wszelkich innych metod – przegląd poradników, oczyszczające podróże, seanse u znachorów. Zwykle kończą się fiaskiem oraz pogorszeniem stanu zdrowia. W jaki sposób udało się Panu oddzielić ziarno od plew? Wybrać odpowiednie środki na drodze ku wyleczeniu?

Tutaj też zanim odpowiem, muszę odnieść się do samego pytania: „Zwykle kończą się fiaskiem oraz pogorszeniem stanu zdrowia.” O ile mi wiadomo przypadki takie jak mój nie podlegają żadnym ewidencjom ani statystykom – w NFZ-cie figuruję nadal jako posiadacz sześciocentymetrowego guza, w dodatku według słów mojego lekarza: jestem martwy od kilku lat.

Zarówno z moich bezpośrednich doświadczeń jak i z licznych listów oraz rozmów z czytelnikami Głodnego anioła/Pokonałem raka wynika, że takie kuracje kończą się fiaskiem przede wszystkim dla tych, którzy nie zrozumieli, na czym one polegają. Każde uzdrowienie to samo-uzdrowienie – lekarz, szaman, książka czy zioła to tylko sprzymierzeńcy pomagający w uzdrowieniu, którego każdy sam musi dokonać. Ci którzy oczekują magicznej pigułki, która wszystko za nich załatwi zawiodą się. Oczywiście „magiczną pigułką” – może być zarówno rzeczywista pigułka, jak i operacja, chemioterapia, zioła, bioenergoterapia i każdy inny zabieg leczniczy.

 Inna sprawa, że po „kuracji prowadzonej przez dyplomowanych lekarzy” organizm jest już tak wycieńczony, że droga do uzdrowienia jest o wiele cięższa, niż gdyby skierować się na nią od razu po wykryciu choroby.

 Wypadałoby tu poruszyć jeszcze jedno zagadnienie: decydując się na terapię naturalną miałem pełną świadomość tego, że może mi się nie udać, ale wolałem wybrać godną śmierć niż tą, do której prowadziliby mnie lekarze namaszczeni przez ministerstwo. Bo mówimy: wybrał zioła i umarł, być może gdyby ich nie wybrał, mówilibyśmy: wybrał chemię, tak się męczył i umarł.

 Jeśli zaś o mnie chodzi i o sposoby dotarcia do wiedzy, to przeczytałem wszystko, co tylko udało mi się znaleźć, setki książek: od akademickich podręczników przez dzieła naturoterapeutów do wątków w Internecie, znalazłem też godnych zaufania sojuszników. Okazało się, że wszyscy piszą o tym samym, zauważają te same fakty, dopiero interpretują je już po swojemu, akademicy mówią: skoro tu jest guz to trzeba go: spalić, wyciąć, zatruć. Zielarze pytają: dlaczego tu jest guz, skąd on się tu wziął? Dalsze różnice w proponowanych terapiach wynikają z tego prostego rozróżnienia.

 Później wystarczyło przetestować tę wyczytaną wiedzę. Wydaje mi się, że zdałem ten test celująco. Jestem przekonany, że każdy kto bardzo chce żyć i jest gotów włożyć w to ciężką pracę będzie usatysfakcjonowany tym wyborem – bez względu na ostateczne konsekwencje.

IMG_2849fot-Stanislaw-Karolewski

 

3. W „Bilecie na Arkę” powołuje Pan do życia współczesnego Noego, który musi ratować świat przed kolejną apokaliptyczną wichurą. Skąd pomysł na to, aby urządzić przygotowania do wielkiej powodzi we Wrocławiu?

Cały Śląsk, a w szczególności Wrocław, to miejsca niezwykłe. Żyjemy w cieniu świętej góry Ślęży, mieliśmy Anioła Ślązaka i innych mistyków – którzy nie przypadkowo tu się wykluli. Do tego jeszcze wrócę w mojej twórczości.

A powódź? Gdy we Wrocławiu zaczyna padać, to nie przestaje przez miesiąc, powoli podnosi się poziom wód naszych pięciu rzek, materia przestaje być tak twardo-namacalna, kąty proste rozmywają się, podobnie jak nasze dziurawe drogi, które zamieniają się w niekończące się rozlewiska kałuż. A w te raz po raz ktoś wpada klnąc ze śpiewnym lwowskim akcentem – wtedy wiem, że to dobre miasto na pisanie o Potopie.

 Ostatecznie jednak w Bilecie na arkę, Wrocław trzeba opuścić, trzeba opuścić wszystkie znane, utarte ścieżki żeby dotrzeć do siebie i przetrwać Apokalipsę.

4. „W piaskownicy światów. Epos wrocławski” początkowo zahacza o wielkich bogów, powoli strącanych w otchłań niepamięci. Gdzie nie spojrzeć zawsze są przedstawiani, jako posagowe źródła strachu, pełne nieokiełznanej siły sprawczej, złośliwości i wszechmocy. Co spowodowało, że w Pana opowieści to zwykli imprezowicze, łudząco podobni do zamierzchłych dyktatorów, królów, dzisiejszych polityków oraz szaraczków miotających się pomiędzy młotem, a kowadłem?

Moja książka dzieje się właśnie w takim świecie: opuszczonym przez skretyniałych bogów, który to zadziwiająco przypomina ten świat, w którym żyjemy. Ci prawdziwi i wielcy wyzierają jedynie z pustych miejsc między literami.

Oczywiście – jak Pani słusznie zauważa – tych sportretowanych „bogów” możemy różnie rozumieć. Samo ich pojawienie się i znikanie także pełni kilka funkcji.

 5. Szczerze przyznaję, iż po raz pierwszy czytałam książkę, która tak często wprowadzałaby mnie w błąd, dawała prztyczka w nos, zmuszała do powrotu, mąciła, denerwowała, jednocześnie nie pozwalając odłożyć się na półkę. Czy trudno stworzyć taką opowieść? Jak wyglądała droga prowadząca do jej powstania?

Napisałem książkę, którą sam chciałbym przeczytać. I w tym zawiera się cała odpowiedź – mam specyficzny gust. Lubię być literacko zwodzony w końcu po to sięgamy po literaturę: by dać się uwieść, innym światom i bohaterom, bo to daje wolność jakiej nie zaznamy w żaden inny sposób.

 Gdy zna się klucz, sposób w jaki czytać o czym uważny czytelnik dowiaduje się w trakcie lektury, W piaskownicy… okazuje się być napisana z żelazną logiką, a fakty świata przedstawionego następują w zwykły tj. przyczynowo-skutkowy sposób.

Niełatwo. O ile intelektualne gry czy rozważania można prowadzić bez problemu, to emocji zamkniętych między literami trzeba doświadczyć, a to już bywa bolesne, bolesne też potrafi być ich ponowne przeżycie podczas oddawania na papier. Z drugiej strony pisarz nie ma wyboru – gdyby mógł nie pisać, nie pisałby.

IMG_5956fot-Stanislaw-Karolewski

6. Senny Wrocław to miejsce cudów, zapomnianych legend, upadku, momentami szaleństwa. Kiedy pojawił się pomysł na to, aby uczynić go symbolem, mikro światem, ukazującym złożoność życia?

Znów pytanie o Wrocław. Dla mnie to przede wszystkim pytanie o to jak miejsce, w którym żyję determinuje to, kim jestem? Kim byłbym rodząc się gdzie indziej? Czy byłbym tą samą osobą i moim Wrocławiem mógłby być Kraków? A Lwów? A może stałbym się swym przeciwieństwem? Piszę o Wrocławiu, ale można to odnieść do każdego miejsca zamieszkania, każdego człowieka. Czy gdyby Pani mieszkała gdzie indziej padłyby te same pytania i czy w ogóle robilibyśmy ten wywiad?

A z drugiej strony to propozycja sposobu patrzenia na to miasto. Sposobu mi bliskiego. 

Obraz 096afot-Stanislaw-Karolewski

7. Ile jest Stanisława w Michale?

 Sto procent. Tak samo jak we wszystkich innych moich bohaterach. Pisarz nie ma możliwości skorzystania z cudzych doświadczeń, może mu się zdawać, że się wywinie, że to nie on, ale jeśli kłamie, udaje to i tak tylko w oparciu o swoje doświadczenie.

Natomiast jeśli odwrócimy pytanie i spytamy ile Michała jest w Stanisławie, to tak…

…tu przypomina mi się anegdota. Moja rodzona ciotka spytała mnie po przeczytaniu tej książki: kiedy zostałem alkoholikiem?…

 …wracając do pytania: Ile Michała jest w Stanisławie? Trochę na pewno, choć może nie tyle co dziesięć, piętnaście lat temu. Teraz to taka zakurzona część mnie, do której miło zajrzeć w deszczowy dzień, ale potem wraca do lamusa. Coś tam jednak zostało, bo do teraz zdarza mi się, że wymyślone wtedy na potrzeby powieści zdarzenia, przychodzą do mnie w prawdziwym życiu.

8. Jak dużą rolę odgrywa w Pana życiu pisanie? Czym dla Pana jest tworzenie kolejnego świata?

Uważam, że człowiek żyje po to żeby kochać i tworzyć. Oczywiście przede wszystkim tworzy własne wnętrze, a co za tym idzie i swe otoczenie. Tworzymy je bezustannie, a pisać można tylko przez cząstkę tego czasu, ale to bardzo ważna część tego tworzenia, bo świadoma.

 Czym jest tworzenie świata? Jest przyglądaniem się cząsteczce, fragmentowi swojej duszy.

Tworzenie jest też paradoksalnie odtwarzaniem, często mam wrażenie, że szukam odpowiednich słów, które już gdzieś istnieją, że książka, którą piszę została już napisana, a ja tylko próbuję ją odtworzyć. Sprowadzić z jakiegoś niematerialnego wymiaru. Czuję to zwłaszcza podczas pisania tych fragmentów, które uważam potem za najlepsze.

Kamienicefot-Stanislaw-Karolewski

9. Prowadzi Pan antykwariat „Szarlatan”, który ponoć początkowo miał być żartem. Dziś to prężnie działający biznes, nie tylko z morzem staroci, ale także własną telewizją, wydawnictwem. Jak widać taki projekt przyciąga ludzi, w ramach nowoczesności pragną czegoś, co pokaże im przeszłość. Czym dla Pana jest „Szarlatan”?

Sam się nad tym od lat zastanawiam, zarówno nad samym słowem jak i swoją rolą. Szarlatan jest takim sposobem spoglądania na życie, w którym rozumiemy, że wszystko jest lub może być twórczością, magią.

10. Co motywuje Pana do podejmowania się takich działań, jak Cmentarzysko Zapomnianych Książek, Pogrzeb drogich książek czy Meble wykonane z książek?

Targające mną nerwy, gdy muszę wywieźć książki na makulaturę!

Biblioteka Narodowa z jej corocznymi raportami stwierdza postępujący analfabetyzm i wszyscy intelektualiści te raporty znają, kiwają ze smutkiem głowami, rozprawiają o upadku obyczajów. Mamy też antykwariuszy, którzy stoją na pierwszej linii tego frontu. Codziennie spotykamy biblioteki, których nikt nie chce, codziennie – jeśli nie sami, to rękami rozczarowanych klientów oddajemy książki na śmieci. A takie akcje za każdym razem pozwalają część książek uratować. Najefektywniejsze, choć ze względów lokalowych już nie do powtórzenia, było Cmentarzysko Zapomnianych Książek. Dzięki niemu kilkadziesiąt tysięcy książek trafiło pod strzechy.

11. Kiedy rozpoczęła się Pana przygoda z literaturą?

W dzieciństwie od serii „Poczytaj mi mamo” oraz „Płomyczków” z lat trzydziestych, bez których nie mogłem zasnąć.

 Zacząłem pisać szybko, niedługo po tym jak się tego nauczyłem, albo i przed tym, bo wszystkie małe dzieci tworzą w głowach rożne historie. Potem był postępujący regres skutecznie spowodowany życiem szkolnym w coraz to wyższych klasach, ale już w liceum w sposób świadomy wróciłem do pisania, dostałem nawet wyróżnienie w konkursie Domu Kultury. Między innymi przez i dla pisania zostałem historykiem sztuki – bo uznałem, że nadmierna fachowość polonisty, cała wiedza o prawidłowo postawionych przecinkach, będzie zabijała twórczość, a z drugiej strony nie da szerszego spojrzenia na świat.

Antykwariat-Wroclaw-Szarlatan-fot-Stanislaw-Karolewski-051

 

12. Co spowodowało, że powołał Pan do życia wydawnictwo?

 Bezpośrednim impulsem był telefon znanego redaktora z dużego wydawnictwa. Zadzwonił żeby powiedzieć, że W piaskownicy… to świetna książka, że od lat nie czytał nic tak dobrego i żebym zapomniał, że ktokolwiek mi to wyda, bo to tytuł absolutnie niekomercyjny.

Pomyślałem, że prowadzę firmę handlującą książkami – to po drodze mi też z działalnością wydawniczą. Kiedyś to była częsta praktyka. A jeśli chce się o książkach wiedzieć wszystko, to także doświadczyć procesu wydawniczego.

 I jeszcze: chorowałem wtedy na raka, byłem jeszcze podczas mainstreamowego leczenia, nie miałem już czasu na czekanie, szukanie wydawcy.

 Osobną kwestią są stosunki obowiązujące pomiędzy wydawcą a autorem, które do różowych też często nie należą i nie przypominają w niczym normalnych umów biznesowych, do jakich się przyzwyczaiłem. Ze swoich doświadczeń a także narzekań rzeszy zaprzyjaźnionych autorów powiem, że należałoby porozmawiać przede wszystkim o cenzurze, promocji i o finansach.

Po książce Pokonałem raka, mam okazję obserwować to z perspektywy autora publikującego standardowo, czyli w zewnętrznym wydawnictwie. Zastanawiam się jaki model wybrać przy kolejnym tytule.IMG_1158fot-Stanislaw-Karolewski

13. Czytając „W piaskownicy światów. Epos wrocławski” trudno nie zauważyć poetyckiego zacięcia, umiłowania słowa. W Pana antykwariacie są podejmowane działania mające na celu promowanie poetów, ich twórczości, która w dzisiejszych czasach ma słabe szanse na przebicie. Czy znalazł Pan złoty środek, mogący sprawić, iż poezja powróci na salony?

 To proste, trzeba wymienić właścicieli i bywalców tych salonów.

Mówię to tylko pół-żartem. Przyjrzyjmy się sylwetkom twórców Komisji Edukacji Narodowej i dzisiejszym urzędnikom Ministerstwa Edukacji. Wnioski nasuwają się same.

14. Pana pasje to nie tylko książki, ale także sztuka, muzyka, fotografia, słowem kultura. Czy trudno połączyć ze sobą te pozornie spójne zainteresowania?

Trudno je rozdzielić. Ja przynajmniej nie potrafię. Niektóre idee, te cząsteczki duszy łatwiej wyrazić słowem, inne zaś ulepić z gliny, ale źródło jest to samo – reszta to już kwestia medium. Rdzeń jest ten sam – jak pień drzewa które coraz bardziej się się rozgałęzia, aż wyda kwiat. Takie rozgałęzienia istnieją także w każdej ze sztuk. Jeśli chcemy namalować obraz to musimy zdecydować się na podobrazie i rodzaj użytych farb oraz na sposób, w który będziemy spoglądać na przedstawiany obiekt. Z wyższego poziomu, to jednak sztuczne podziały, wymyślone przez człowieka – tak samo jak wszystkie inne sztuczne ludzkie podziały.

Choć najważniejsze jest słowo.

15. Czy w niedalekiej przyszłości możemy spodziewać się kolejnej książki Pana autorstwa?

W przyszłości na pewno. Jak bardzo będzie niedaleka ciężko powiedzieć. Materiału mam już sporo, ale prace redakcyjne, czyszczenie tekstu ze zbędnych słów, zajmuje mi dużo czasu, a tego ciągle brak.

To będzie zbiór miniatur pod roboczym tytułem: Szarlatańskie wersety – rok z życia antykwariatu. Opowiadam o przedmiotach i ludziach, którzy pojawiają się w Szarlatanie. Wydaje mi się, że to najlepsze co do tej pory napisałem. Jedna z miniatur ukazała się w tegorocznych Pomostach, zamierzam też wkrótce dodać ją na stronę www.

Być może napiszę również o genialnej polskiej introligator – Helenie Karpińskiej. Ostatnio, podziwiając jej prace, mam na to coraz większą ochotę, nie wiem jednak czy to przybierze formę zbeletryzowaną czy raczej posłużyć się warsztatem historyka sztuki.

Za rozmowę oraz zdjecia serdecznie dziękuję panu Stanisławowi, a was zapraszam na stronę http://www.szarlatan.pl/- Kto wie co tam odkryjecie? 🙂

Wywiad powstał również w ramach akcji:

1391863_199541960230453_1462757444_a

 

           

Reklamy

2 thoughts on “Dialog (2) Szarlatan książki pisze… – rozmowa ze Stanisławem Karolewskim

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s